Witaj ! :)

Lekarz to przede wszystkim istota ludzka. Jego wiedza i umiejętności nie "spadły" z nieba, ale wynikają z uporu i i sporej dawki samozaparcia ;P Prawdziwy lekarz powinien być powiernikiem i przyjacielem swojego pacjenta...

Nie znajdziesz tu typowych porad lekarskich, ani recepty na zdrowie... jednak zostaną tu zawarte prawdziwe myśli, uczucia i spostrzeżenia kogoś, kto pragnie zostawić po sobie trochę lepszy świat:)
Wszelakie informacje oraz imiona ewentualnych osób zostaną "lekko" i umyślnie zmienione dla dobra nas wszystkich:)

poniedziałek, 9 września 2013

"1", czyli Wielkie Lenistwo


Styczeń 2013. Razem ze znajomymi jedziemy do Zakopanego, aby poćwiczyć swoje amatorskie sztuki zjazdowe na nartach i desce. Snowboardzista ze mnie żaden, ale stwierdzam, że muszę teraz potrenować swoje ślizgi zanim ciąża skutecznie mi to uniemożliwi. Zima tego roku jest piękna, warunki idealne. W sumie zjeżdżam jeden raz, po czym moje mięśnie tak bardzo zaczynają mnie boleć, że nie jestem w stanie nawet normalnie dreptać pod górkę i z górki, a co dopiero balansować z deską uwiązaną do nóg. Reszta naszej bandy szusuje beztrosko po białym puchu, a ja nie daję rady , coś wyraźnie jest nie tak, zwłaszcza, że nie spodziewam się strasznie obniżonej kondycji fizycznej, gdyż wcześniej człapałam raz na jakiś czas na siłkę. "Może za duża górka jak na pierwszy raz, dam sobie dziś spokój, popróbuję jutro". Resztę dnia spędzam w karczmie tuż obok stoku, zamawiając co chwilę kawę, herbatę, czekoladę (dzięki czemu nie wyrzucono mnie za to, że siedzę i zajmuję cenne miejsce dla "sportowców" śnieżnych) - czytam książkę, na którą nigdy nie miałam czasu. Następnego dnia mięśnie nadal mnie bolą i nie ma szans, abym stanęła na desce. Zmęczenie kończyn nie chce ustąpić. W ciągu trzech dni  zaprzyjaźniam się z karczmą obok stoku, na którym mój luby dzielnie z ekipą pokonują białe szlaki... mam też za sobą jakieś 700 stron książki ("Jeździec miedziany" - naprawdę polecam). Po powrocie do domu z "dlamnienieudanej wyprawy" łapię jakieś przeziębienie (w karczmie było dość chłodno... no i te przeciągi spowodowane przez wchodzących/wychodzących konsumentów). Mój mąż dzielnie załatwia sprawę w aptece kupując mi specyfiki, które według pani farmaceutki, "na pewno nie zaszkodzą płodowi". W tygodniu wędruję do gina - w końcu to już 6 tydzień razem z dzieciątkiem w brzuszku. Moja lekarka gratuluje "nam" ciąży i na wstępie wręcza L4 na 6 tygodni! "Ale czy to jest naprawdę potrzebne? dobrze się czuję i nie widzę powodu dla którego miałabym robić posiadówki w chałupie". Gin stwierdza, że to newralgiczny okres, że panuje  grypa, że jestem na chemioterapii i jeżeli chcę, aby była moim lekarzem prowadzącym, to mam grzecznie siedzieć na tyłku w domu i nie narzekać...Poza tym,  jak się okazało, wyjazd na snowboard w moim stanie nie był mądrą decyzją - częste upadki na pupę mogły spowodować poronienie. Jej, że też nie pomyślałam o tym wcześniej;/ Wychodzę z gabinetu i beczę w ramię lubemu. "Kochanie, to ze szczęścia???" pyta przyszły tastuś. Owszem, jestem szczęśliwa z rychłego posiadania bobasa, ale ryczę  z powodu tego nie szczęsnego L4!.  Czas powiadomić zespół medyczny. Na oddziale wiadomość o tym, że będę mamą zostaje bardzo entuzjastycznie przyjęta - począwszy od sekretarek (one pierwsze się dowiedziały o tym, że jestem w ciąży, gdyż miały moje L4 w łapkach i widziały kod "B" - nawet jakbym chciała to trzymać w tajemnicy i tak ostatecznie dowiedziałby się o tym fakcie cały szpital) po ordynator skończywszy. Lamentuję, że tyle czasu mnie nie będzie i najchętniej to bym jednak ten okres spędziła w pracy (czyżbym była pracoholiczką?) niż tyła na kanapie w domu. Jednak zespół przekonuje mnie, że powinnam rzeczywiście teraz odpocząć i nabierać sił na te 9 miesięcy. Że nawet mi zazdroszczą wolnego od pracy... Pokornie i z mieszanymi uczuciami poddaję się więc przymusowemu lenistwu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli coś masz ochotę coś wystukać na klawiszach i wyrazić swoje zdanie - do dzieła! :)