Witaj ! :)

Lekarz to przede wszystkim istota ludzka. Jego wiedza i umiejętności nie "spadły" z nieba, ale wynikają z uporu i i sporej dawki samozaparcia ;P Prawdziwy lekarz powinien być powiernikiem i przyjacielem swojego pacjenta...

Nie znajdziesz tu typowych porad lekarskich, ani recepty na zdrowie... jednak zostaną tu zawarte prawdziwe myśli, uczucia i spostrzeżenia kogoś, kto pragnie zostawić po sobie trochę lepszy świat:)
Wszelakie informacje oraz imiona ewentualnych osób zostaną "lekko" i umyślnie zmienione dla dobra nas wszystkich:)

piątek, 20 grudnia 2013

6 m . - czyli jak zostałam słodką mamą

Nadchodzi taki tydzień w ciąży, w którym należałoby zrobić test... tym razem nie ciążowy, ofkors, tylko glukozowy. Toteż, ponieważ jestem grzeczną dziewczynką, taki teścik sobie zrobiłam. Potulnie wypiłam 75 g glukozy, w której zakropliłam sobie sok z cytryny (polecam ten sposób - nie zaburza wyniku, ale za to zaburza ten niemile słodki smak :P ) i czekałam z otwartą książką u boku 2 godziny. Następnego dnia dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową. Mega mnie ten fakt zaskoczył - totalnie żadnych czynników ryzyka, nawet w dzieciństwie rodzice z racji zdrowego rozsądku, nie dali mi poznać, co to jest McDonald, karmiąc mnie przykładnie warzywkami i owocami z działki i w ogóle mało przetworzoną żywnością. Nie jestem gruba, nie jestem po trzydziestce, w rodzinie nikt nie miał cukrzycy... Skierowałam się zatem do diabetologa, który stwierdził "ma pani czynnik ryzyka- służba zdrowia" ... przekichane. Pamiętam, że życie na chwilę straciło, że tak powiem, smak. Nie mogłam jeść wielu, bardzo wielu produktów, a te, które mogłam, musiałam ograniczyć ilościowo, i jeść znacznie częściej niż jadłam. Przez pierwsze 2 tygodnie nie myślałam o niczym innym jak tylko o jedzeniu. Cały jadłospis, stosowany od paru lat w domu, musiał ulec gruntownej zmianie. Byłam zagubiona totalnie, nie wiedziałam jak i z czego ugotować obiad, zrobić kanapkę do pracy itd. Ale w miarę upływu czasu szło mi co raz lepiej i do końca ciąży udało mi się leczyć choróbsko samą dietą, bez konieczności wstrzykiwania  insuliny, z czego jestem niezmiernie dumna :D Nie będąc nigdy wcześniej na żadnej absolutnie diecie, całkiem nieźle sobie poradziłam:D  A na imprezach było tak -zawsze przychodziłam ze swoim chlebem i swoimi "zabawkami" do spożycia, bo zazwyczaj nigdy, co lądowało na stołach gospodarzy, nie nadawało się dla słodkiej mamy. Któregoś dnia koleżanka chcąc zaprosić mnie i męża na obiadokolację zapytała, czego nie mogę jeść...jak zaczęłam się rozwijać, wykrzywiła usta (jakby chciała zapytać, czy mogę choć pić wodę), zapytała jednak, co w takim razie mogę ? i tu lista była krótsza. Ostatecznie stwierdziła, że nie umiała niczego stworzyć pode mnie i może znajdę sobie coś na stole, co mogę zjeść;P
Ostatecznie wyszło mi to tylko na dobre, zamiast przybierać na wadze, ja z niej "spadałam" <!> a dzieciak spokojnie sobie rósł tam między "flaczkami "a żeberkami :P

No i teraz po krótce - co to jest cukrzyca ciążowa??? O tym tajemniczym schorzeniu możemy poczytać sobie np tu: http://www.interna.com.pl/cukrzyca_ciazowa.htm Dla zwykłych zjadaczy chleba wyjaśnię tylko, że ciąża to jednak taki szczególny okres w życiu kobiety, w którym zazwyczaj jej organizm funkcjonuje całkowicie inaczej niż kiedy to dama była w pojedynkę. W okresie "błogosławionym" , że się tak wyrażę, hormony zaczynają nam szaleć - albo są produkowane tak jak należy, albo jest ich za mało, bądź za dużo. W cukrzycy poziom insuliny jest niewystarczający do właściwego spożytkowania cukrów prostych, a konkretniej - glukozy, którą możemy znaleźć w wielu produktach spożywanych zjadanych w dni powszednie i nie tylko. A co się stanie, gdy nasz organizm nie spożytkuje właściwie tej całej glukozy? Otóż nadmiar cukru przedostanie się do maleństwa przez łożysko i może tam trochę pomieszać. Najczęściej dzieciak rodzi się z rozmiarami "małego" wielkoluda, co przy naturalnym porodzie może zakończyć się różnymi komplikacjami, np. zwichnięciem barku. Poza tym w przyszłości maluszek może mieć problemy z zakresu tzw zespołu metabolicznego, czyli prościej-sam może cierpieć na cukrzycę, mieć zwiększone w przyszłości ryzyko zawału serca, udaru mózgu itd ... no i czasem zdarza się, że będzie mieć kapkę niższe IQ niż rodzice...
Takową cukrzycą można doskonale leczyć dietą, czego jestem dobrym przykładem - trzymałam się diety drakońsko i uniknęłam wstrzykiwania insuliny... Pamiętam jak pewien pacjent, leżąc w szpitalu, ciągle miał mocno podwyższone "cukry"...w końcu zapytałam go dietę - stwierdził, że żywi się zdrowo; np żona przyniosła mu wczoraj dwie kiście winogron, które zjadł ze smakiem.... o zgrozo! Winogrona mają własnie bardzo dużo cukru i właśnie ich, podobnie jak np bananów powinno się unikać będąc cukrzykiem! Okazało się, że pacjent o tym w sumie wiedział, ale stwierdził "Pani doktor, wie pani, tak trudno się powstrzymać..." Wybałuszył oczy, kiedy uświadomiłam mu, że uważam z autopsji, iż można się powstrzymać, jak się tylko chce.
Największą rolą, poza lekarzem diabetologiem, odgrywa tu dietetyk, do którego ludzie niestety rzadko trafiają, a szkoda.
"Słodka mama" powinna kontrolować sobie codziennie poziom glukozy we krwi za pomocą glukometru, co wiąże się z codziennym, 4xkrotnym nakłuwaniem sobie paluchów - masakra! Przeżyłam, choć miałam czasem krwawe myśli.Poziom na czczo nie powinien przekraczać 90 mg/dl, a godzinę po głównym posiłku - 120mg/dl.
Co do diety to: powinno się zjadać posiłki w małych ilościach, ale często - osobiście jadłam co 2 godziny, co da się zorganizować nawet idąc na dłuższe zakupy, do kina, na spotkanie, do pracy itd. W posiłkach domowych ostatecznie zrezygnowałam całkowicie z mąki pszennej (ciasta, chleb, bułki, zagęszczanie potraw), śmietan pod każdą postacią, niektórych owoców (banany, winogrona, brzoskwinie), słodyczy-ofkors, i zup-kremów. Śmietany zastąpiłam jogurtem naturalnym, pieczywo zjadałam tzw IG lub po prostu wykonany  ze zwykłej żytniej mąki, warzywa kroiłam na grube kawałki. I tu ciekawostka-kiedy nie można już całkowicie wytrzymać bez chociażby namiastki słodkiego smaku - np słodkiej herbaty, z pomocą nadchodzi nam cukier brzozowy - drogi jak nie wiem, ale jest dozwolony, a nawet leczniczy-obniża poziom glukozy we krwi :)
W czasie cukrzycy w ciąży niezwykle ważne są kontrole ginekologiczne i diabetologiczne sprawdzające, czy nasze dzieciątko pomimo diety rośnie na silnego zucha :)
Bycie słodką mamą, choć na początku bardzo trudne do zaakceptowania, ostatecznie nauczyło mnie po raz kolejny pokory i dystansu do siebie. No i wreszcie mogłam powiedzieć "dziękuję, jestem na diecie" :P

Ściągnięte z neta

poniedziałek, 16 grudnia 2013

5,6 m. - przygoda z nefrologią i pracoholikiem :P

Zdecydowałam się opuścić na jakiś czas onkologiczne mury i rozpocząć rendez-vous z nefrologią w innym szpitalu. Na tzw stażach lekarskich lekarz uczy się podstaw z danej specjalizacji, aby potem mógł zaradzić coś u swoich pacjentów - nadmienię także, że lekarz stażysta nie ma zbyt wielu uprawnień w czasie takiej formy pracy, zazwyczaj nie ma swoich pacjentów, nie może wypisać żadnych druków - pozostaje mu tylko się patrzeć i się uczyć...jeśli w ogóle jest się od kogo i czego nauczyć... Ordynator przyjął ciężarną pod swoje skrzydełka z profesjonalizmem, ale dość chłodno-właściwie to mogłoby się wydawać, że "nie widzi, iż jestem w ciąży" ;) Nie, żebym się tam miała zaharować, ale w sumie nie było żadnych tam taryf ulgowych - z czego nota bene generalnie się ucieszyłam - tak mam, i nic nie poradzę na tą fanaberię, że nie lubię jak ktoś daje mi "fory", bo: jestem kobietą, jestem niebrzydka, jestem w ciąży, jestem młoda, jestem... Chociaż generalnie nie było do roboty dla mnie w sumie zupełnie nic - poza uczestnictwem w ponad dwugodzinnych obchodach lekarskich, mierzeniem ciśnienia, odbieraniem telefonów, wpisywaniem zleceń do kart i do kompa oraz wklejaniem wyników laboratoryjnych (jakby wszytko obliczyć to o 11 było już, że się tak wyrażę, pozamiatane i nie działo się do godz 15 w sumie zupełnie nic), to o wcześniejszym wyjściu i spędzeniu tego czasu na np. "leżeniu do góry brzuchem i nogami w domu", nie mogło być mowy :P Praca to praca - i choć dosłownie zasiedziałam dziurę w krześle i wywierciłam dziurę w ścianie od nieustannego patrzenia się na nią - to moje "takienicnierobienie"  kompletnie nie przeszkadzało ordynatorowi. Pytałam, w czym mogę pomóc - w odpowiedziach słyszałam, że w sumie już w niczym. Na pytanie - co w takim razie mogłabym zrobić - zawsze słyszałam-może pani sobie usiąść i posiedzieć. Ponieważ nie znoszę stwarzać pozorów pracy tam gdzie jej nie ma, to ostatecznie zdecydowałam się na nadrobienie zaległej prasy medycznej -  przez 2 miesiące nadrobiłam dwa lata:P Z nudów chodziłam też po parędziesiąt razy do pacjentów na oddziale - chcę nadmienić, że oddział nie jest gigantycznych rozmiarów - i rozmawiałam z nimi o wszystkim i o niczym... Co więcej - na oddziale tak naprawdę sami lekarze również nie mieli zbyt wiele do roboty i sami szukali sobie zajęcia, aby nie siedzieć bezczynnie. To szef oddziału robił wszystko absolutnie sam - dawał zlecenia, ustalał badania, badał, interpretował wyniki itd... absolutnie nie chciał się dzielić tą swoją pracą. W weekendy i na dyżurach kazał do siebie dzwonić i sam ustalał postępowanie lekarskie  odnośnie pacjentów. W soboty przychodził i robił wizytę wśród pacjentów na oddziale. Mogłoby się wydawać, że bez niego oddział zamkną, i że inni lekarze (nota bene uważam, że bardzo dobrzy w swoim fachu) są nieporadni niczym dzieci. Pamiętam że któregoś dnia, kiedy ordynator miał być na urlopie, miałam nadzieję na wcześniejsze wyjście z oddziału - jednak i tego dnia był obecny szef - jak on to robi??? Jednak z perspektywy  czasu dobrze wspominam ów okres :) Chcąc nie chcąc poleniuchowałam sobie (W sumie przegląd chorób nefrologicznych u pacjentów na tym oddziale nie był szeroki i zdążyłam nauczyć się ich w parę dni - po prostu nowi pacjenci trafiali tutaj z ciągle podobnymi schorzeniami) :) Jakiś czas później dowiedziałam się, tylko mnie znanymi tajemniczymi drogami, że Pan Ordynator doskonale mnie pamięta i uważa, że byłam bardzo pracowita, czym go mile zaskoczyłam!. WOW! Jeśli ja byłam mega pracowita, to "się pytam"-co tam robią ogólnie na oddziale inni stażyści???

poniedziałek, 9 września 2013

"3,4" czyli pora wrócić do życia codziennego


Kontrolna wizyta matki z nienarodzonym baby. Moja gin wlepia mi dodatkowo L4 na jeszcze jeden tydzień, choć tak naprawdę chce, abym przesiedziała całą ciąże w czterech ścianach (ubłagałam ją, że muszę iść do pracy dla poratowania zdrowia psychicznego - pozostawanie sam na sam z dwoma kotami w pustym mieszkaniu powodowało u mnie myśli niemalże destrukcyjne, zwłaszcza, że wyjątkowo nie miałam ochoty absolutnie na nic! ciągle bym tylko spała i spała, żadnej mobilizacji do podjęcia się ciekawych zajęć hobbistycznych;/). Pełna energii i optymizmu wracam w końcu do pracy. Trochę się tu pozmieniało - zmianie uległ rządzący oddziałem - jednak nowy ordynator nie widzi problemu w mojej ciąży i stwierdza, że jak będę się źle czuć to mam sobie po prostu odpocząć. Z natury jestem taka, że owe sytuacje zdarzają się u mnie bardzo rzadko i nie wiem, w jakiej musiałabym być formie, aby powiedzieć, że jest kiepsko. Bardzo chcę pokazać, że pomimo mojego nieco innego stanu, którego nadal nie widać, daję rady ze wszystkim. Moja radość i zaparcie nie trwają jednak długo - tydzień później ląduję z zapaleniem miedniczki nerkowej na oddziale ginekologii z zagrażającym poronieniem (ach to zwężenie moczowodu;/ ). Znów jestem wyłączona na tydzień czasu. Leżę sobie cichutko przez siedem dni na sali z innymi pacjentami i pokornie stosuję się do zaleceń lekarzy. Chcę być incognito. Mój zawód niestety nie jest tu jednak ukrywany - panie pielęgniarki, niosąc leki dla pacjentów, od progu mojej sali wrzeszczą "Pani doktor! Proszę, to Pani przydział antybiotyku i leku na gorączkę!". Inni pacjenci usatysfakcjonowani tym, że mają obok siebie żywą chodzącą konsultację, zalewają mnie tysiącami pytań natury medycznej. Trochę mnie to męczy - mówię w końcu, że znam się na onkologii, a z innych dziedzin są wyuczeni inni specjaliści i to ich należałoby się pytać, gdyż mają najświeższe wiadomości. Pytania w końcu ucichają. Na szczęście antybiotyk bardzo szybko zadziałał i znowu wszystko hula jak trzeba:) Wracam do pracy. Ludzie z oddziału namawiają mnie na zmianę miejsca pracy w związku z toksycznymi substancjami na oddziale (niby w dzisiejszych czasach cytostatyki nie szkodzą, ale nigdy nie wiadomo na pewno). Decyduję się na rozpoczęcie stażów kierunkowych na nefrologii i neurologii w innym szpitalu. 

"2" czyli niecnierobienie

Ten miesiąc zleciał mi jakoś szybko i baaardzo leniwie. Właściwie oprócz spania, gotowania, jedzenia i oglądania filmów nie zdarzyło się nic ciekawego w moim życiu.  Grypa szalała, a ja siedziałam sobie bezpiecznie na kanapie. W tym roku grzecznie się zaszczepiłam. Jak się potem okazało, w moim szpitalu zdarzyły się 3 potwierdzone przypadki zachorowania na sezonowego wirusa. Sielanka nie trwała długo, bo w 4 tygodniu mojego "nicnierobienia" zachorował mój dziadek, a ponieważ moja mama się nim opiekuje, to zwróciła się do mnie o pomoc w sprawie swojego ojca. Moje zadanie polegało na rozmowie z "kilkoma osobami w białych kitlach", aby pomimo sędziwego wieku i stanu, w żargonie lekarskim "beznadziejnego", przyjęli mojego dziadka na oddział chirurgiczny. Osobiście rozpoznałam u mojego dziadka ostry brzuch, aczkolwiek lekarze za pierwszym razem nie widzieli potrzeby hospitalizacji chorego. Jednak z dnia na dzień stan się pogarszał i dlatego moja rodzicielka zwróciła się o pomoc do mnie. Absurdalnie dostałam L4, aby unikać kontaktu z ludźmi chorymi, zwłaszcza w szpitalach. Szczerze, to z pewną obawą i niechęcią (patrz -grypa) poszłam do szpitala. Medyków przekonało to, że jestem lekarzem, i że rzeczywiście dzieje się z dziadkiem coś złego. Niechętnie jednak, i to bardzo, przyjęli go na oddział (wspominałam wyżej o stanie ogólnym i wieku;/ ). Wzięli go na przeczekanie. W między czasie zdiagnozowali nowotwór jelita grubego (u osób w jego wieku tak naprawdę taki nowotwór może bardzo długo się rozwijać i dlatego człowiek bez leczenia i tak bardzo długo żyje). Dziadek uniknął operacji gdyż po zwykłych kroplówkach wszystko ustąpiło. Pomimo tego, że rozpoznano u niego raka, był w takim złym stanie ogólnym (stan po udarze mózgu, który właściwie wyłączył człowieka z życia codziennego, przykłuwając go do łóżka i uzależniając od opieki ze strony rodziny), że moja mądra koleżanka na szczęście nie zakwalifikowała go do leczenia "chemią". Dlaczego "na szczęście?" Otóż takie leczenie kiepsko przechodzą ludzie w zupełnie dobrym stanie ogólnym, a co dopiero człeki schorowani na inne choróbska. Czasem jest tak, że człowiek dłużej pożyje sobie bez "tych cudownych leków". I tak jest do tej pory z moi dziadkiem. A tymczasem zasiadam przed TV w poszukiwaniu ambitniejszych programów...

"1", czyli Wielkie Lenistwo


Styczeń 2013. Razem ze znajomymi jedziemy do Zakopanego, aby poćwiczyć swoje amatorskie sztuki zjazdowe na nartach i desce. Snowboardzista ze mnie żaden, ale stwierdzam, że muszę teraz potrenować swoje ślizgi zanim ciąża skutecznie mi to uniemożliwi. Zima tego roku jest piękna, warunki idealne. W sumie zjeżdżam jeden raz, po czym moje mięśnie tak bardzo zaczynają mnie boleć, że nie jestem w stanie nawet normalnie dreptać pod górkę i z górki, a co dopiero balansować z deską uwiązaną do nóg. Reszta naszej bandy szusuje beztrosko po białym puchu, a ja nie daję rady , coś wyraźnie jest nie tak, zwłaszcza, że nie spodziewam się strasznie obniżonej kondycji fizycznej, gdyż wcześniej człapałam raz na jakiś czas na siłkę. "Może za duża górka jak na pierwszy raz, dam sobie dziś spokój, popróbuję jutro". Resztę dnia spędzam w karczmie tuż obok stoku, zamawiając co chwilę kawę, herbatę, czekoladę (dzięki czemu nie wyrzucono mnie za to, że siedzę i zajmuję cenne miejsce dla "sportowców" śnieżnych) - czytam książkę, na którą nigdy nie miałam czasu. Następnego dnia mięśnie nadal mnie bolą i nie ma szans, abym stanęła na desce. Zmęczenie kończyn nie chce ustąpić. W ciągu trzech dni  zaprzyjaźniam się z karczmą obok stoku, na którym mój luby dzielnie z ekipą pokonują białe szlaki... mam też za sobą jakieś 700 stron książki ("Jeździec miedziany" - naprawdę polecam). Po powrocie do domu z "dlamnienieudanej wyprawy" łapię jakieś przeziębienie (w karczmie było dość chłodno... no i te przeciągi spowodowane przez wchodzących/wychodzących konsumentów). Mój mąż dzielnie załatwia sprawę w aptece kupując mi specyfiki, które według pani farmaceutki, "na pewno nie zaszkodzą płodowi". W tygodniu wędruję do gina - w końcu to już 6 tydzień razem z dzieciątkiem w brzuszku. Moja lekarka gratuluje "nam" ciąży i na wstępie wręcza L4 na 6 tygodni! "Ale czy to jest naprawdę potrzebne? dobrze się czuję i nie widzę powodu dla którego miałabym robić posiadówki w chałupie". Gin stwierdza, że to newralgiczny okres, że panuje  grypa, że jestem na chemioterapii i jeżeli chcę, aby była moim lekarzem prowadzącym, to mam grzecznie siedzieć na tyłku w domu i nie narzekać...Poza tym,  jak się okazało, wyjazd na snowboard w moim stanie nie był mądrą decyzją - częste upadki na pupę mogły spowodować poronienie. Jej, że też nie pomyślałam o tym wcześniej;/ Wychodzę z gabinetu i beczę w ramię lubemu. "Kochanie, to ze szczęścia???" pyta przyszły tastuś. Owszem, jestem szczęśliwa z rychłego posiadania bobasa, ale ryczę  z powodu tego nie szczęsnego L4!.  Czas powiadomić zespół medyczny. Na oddziale wiadomość o tym, że będę mamą zostaje bardzo entuzjastycznie przyjęta - począwszy od sekretarek (one pierwsze się dowiedziały o tym, że jestem w ciąży, gdyż miały moje L4 w łapkach i widziały kod "B" - nawet jakbym chciała to trzymać w tajemnicy i tak ostatecznie dowiedziałby się o tym fakcie cały szpital) po ordynator skończywszy. Lamentuję, że tyle czasu mnie nie będzie i najchętniej to bym jednak ten okres spędziła w pracy (czyżbym była pracoholiczką?) niż tyła na kanapie w domu. Jednak zespół przekonuje mnie, że powinnam rzeczywiście teraz odpocząć i nabierać sił na te 9 miesięcy. Że nawet mi zazdroszczą wolnego od pracy... Pokornie i z mieszanymi uczuciami poddaję się więc przymusowemu lenistwu.