Witaj ! :)

Lekarz to przede wszystkim istota ludzka. Jego wiedza i umiejętności nie "spadły" z nieba, ale wynikają z uporu i i sporej dawki samozaparcia ;P Prawdziwy lekarz powinien być powiernikiem i przyjacielem swojego pacjenta...

Nie znajdziesz tu typowych porad lekarskich, ani recepty na zdrowie... jednak zostaną tu zawarte prawdziwe myśli, uczucia i spostrzeżenia kogoś, kto pragnie zostawić po sobie trochę lepszy świat:)
Wszelakie informacje oraz imiona ewentualnych osób zostaną "lekko" i umyślnie zmienione dla dobra nas wszystkich:)

środa, 31 października 2012

Usiadłam, zapłakałam...

Znalazłam się w końcu sama w tym wielkim szpitalu... usiadłam w zaciszu i zapłakałam - kryzys...

Wróciłam do domu totalnie rozbita - telefon... od kogoś, od kogo się zupełnie nie spodziewałam - dziękuję Ci A. ! :)
Bóg istnieje! :):):)

DEFINICJA WIARY

"Pozwólcie, że wyjaśnię wam problem jaki nauka ma z religią. 
Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich: 
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda? 
- Tak, panie profesorze. 
- Czyli wierzysz w Boga. 
- Oczywiście. 
- Czy Bóg jest dobry? 
- Naturalnie, że jest dobry. 
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko? 
- Tak. 
- A Ty - jesteś dobry czy zły? 
- Według Biblii jestem zły. 
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości - Ach tak, Biblia! 
- A po chwili zastanowienia dodaje: 
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą i cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej? 
- Oczywiście, panie profesorze. 
- Więc jesteś dobry...! 
- Myślę, że nie można tego tak ująć. 
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie. Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej 
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie? Student nadal milczy, więc profesor dodaje 
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda? 
- aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody. 
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry? 
- No tak... jest dobry. 
- A czy szatan jest dobry? 
Bez chwili wahania student odpowiada 
- Nie. 
- A od kogo pochodzi szatan? 
Student aż drgnął: 
- Od Boga. 
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu 
- czy na świecie istnieje zło? 
- Istnieje panie profesorze ... 
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda? 
- Prawda. 
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły. Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi. 
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świecie? Student drżącym głosem odpowiada 
- Występują. 
- A kto je stworzył? 
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie 
- Kto je stworzył? 
- wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli. 
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby 
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu? 
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora: 
- Tak panie profesorze, wierzę. 
Starszy człowiek zwraca się do studenta: 
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa? 
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem. 
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa? 
- Nie panie profesorze. 
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci? 
- Nie panie profesorze. Niestety nie miałem takiego kontaktu. 
- I nadal w Niego wierzysz? 
- Tak. 
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje. Co Ty na to synu? 
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę. 
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara. Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie: 
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło? 
- Tak. 
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno? 
- Tak, synu, zimno również istnieje. 
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje. 
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.

Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać: 
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem. W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota. 
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność? 
- Tak - profesor odpowiada bez wahania 
- czymże jest noc jeśli nie ciemnością? 
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie? Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr. 
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku? 
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy. Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie: 
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć? 
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student - twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć - czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp? 
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest. 
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy? 
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę. 
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych i nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie,to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem? W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie. 
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali 
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora? 
Audytorium wybucha śmiechem. 
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze? 
W sala zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie: 
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę. 
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło? Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi 
- Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło. 
Na to student odpowiada: 
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła. 
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

Tym drugim studentem był Albert Einstein.

Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921."






Polecam:
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=d3pCQysucls


środa, 10 października 2012

Inia z Oliwką


Ineczka
Od 12 tygodni jesteśmy przyjaciółmi małego, już prawie 5-miesięcznego kociaka... Po długich dyskusjach nadaliśmy jej imię kawy zbożowej :D
Pasuje do Niej... INKA.  Mój luby zwie Ją czasem Inia. Koty towarzyszyły mi od małego brzdąca - byli już Szczęściarz, Kicia, Misiek, Misia, Mariolka, Łapek, Tofik,Zuzia, Maciek, Dżoli, Lola, Burek (3 ostatnie nie do końca moje, ale też mi bliskie)...
I Oliwka... Kotka trafiła do nas z adopcji - wraz z mężem długo szukaliśmy odpowiedniego mruczącego towarzysza... i nagle - czemu nie adopcja małego, porzuconego gdzieś w pudle stworzonka?
Oliwka - słodka rozrabiaka
Oliwka od razu nas zauroczyła - 5-tygodniowe maleństwo mieszczące się w jednej dłoni. Nie pracowałam jeszcze wtedy, więc całe dnie spędzałam z nią - towarzyszyła mi w każdym zajęciu,
a jak chciałam iść gdzieś sama to ciągnęła za moją nogawkę, miałczała w niebogłosy i wskakiwała szybko na ramię... tak więc obiad robiłam z Oliwką, prałam-z Oliwką, czytałam książkę-z Oliwką, rozmawiałam przez telefon z Oliwką...niczego nie niszczyła, była ciekawa świata, niczego się nie bała...
Oliwka miała tylko jedną, z początku niegroźną przypadłość  - biegunkę, ot co! Każdemu małemu kociakowi się zdarza...poza tym była żywym i wesołym zwierzakiem - razem z lubym uwielbialiśmy patrzeć
na Małą, jak niezdarnie wskakuje na kanapę za sznurkiem a potem zmęczona kładzie się spać na naszych ramionach. Po trzech dniach przyszli nasi znajomi- Oliwka była w centrum zainteresowana - "Jaka piękna kotka!!!" wołali...
Ale było w tym dniu coś nie tak - po godzinie zaczęła wymiotować... potem było już tylko gorzej... następnego dnia skontaktowałam się z dziewczyną, od której mieliśmy Oliwkę, poinformowała nas, że rodzeństwo Oliwki jest chore na Panleukopenię, połowa z miotu już nie żyje...CO??? Nie mogłam w to uwierzyć, Ona była jeszcze taka mała... po otrzymaniu informacji, gdzie mogę się udać, aby wykonać odpowiedni test i leczenie nie zwlekaliśmy...walczyliśmy o Nią 4 dni-niby to krótki okres czasu, ale
dla nas te parę dni były długimi godzinami spędzonymi w nadziei, że Mała jednak przeżyje... Z dnia na dzień była coraz słabsza... karmiliśmy ją jakąś leczniczą papką ze strzykawki, nie chętnie jadła... sierść, przedtem gładka, miękka  i puszysta, stała się szorstka i matowa...w końcu kotka była tak odwodniona, że podawałam jej kroplówki, które zwisały z żyrandola (służyły nam za wieszak na wlewy)-
spaliśmy nawet na podłodze, ponieważ jak byliśmy na łóżku, to Oliwka miała wielkie trudności, aby się wdrapać do nas w nocy (nie chciała spać sama; przychodziła i się wtulała w nasze szyje, mrucząc przy tym osłabiona; po czym co jakiś czas zeskakiwała z łóżka do własnej kuwetki, aby nie zabrudzić naszej pościeli ...z biegunką...zawsze zdążyła...trzęsła się czasem,  pewnie ze strachu; była małą, ciepłą chorą kuleczką)
Pamiętam jeden z wieczorów, kiedy po pierwszej kroplówce dostała zastrzyk sił - zaczęła śmielej ponownie skakać w przedpokoju i się bawić..."Będzie dobrze, wyzdrowieje" radowaliśmy się w duchu... Następnego dnia mąż był w pracy... ja czytałam książkę, obok mnie leżała słabiutka Oliweczka...i nagle przeraźliwy jęk i niewydolny oddech...
wykręcam numer do męża "Słuchaj, coś się dzieje, przyjeżdżaj natychmiast...boję się, że to już jej koniec:(" ... i się rozbeczałam...szybko zawieźliśmy  Małą do weterynarza...pani doktor nie dawała nam nadziei, zaproponowała uspanie kotka... było to dla mnie bardzo trudne...
postanowiliśmy poczekać z tą decyzją godzinę...zostawiliśmy Oliwkę pod tlenem, a sami wróciliśmy do domu i beczeliśmy jak małe dzieciaki... Taki malutki zwierzaczek,mający zaledwie 6 tygodni, który nie zdążył nabroić, doznać więcej ciepła po porzuceniu...
Wróciliśmy do gabinetu wet. - Oliwka już nie oddychała, przeszła na drugą stronę zwierzakowego mostu...była taka spokojna, bezbronna... długo dochodziłam do siebie, niby takie małe zwierzę, niby tylko tydzień,ale cholernie przyzwyczaiłam się do tego maleńkiego brzdąca; byłam z Nią "24 godziny na dobę"... niestety nie mogłam przygarnąć kolejnego kociaka- wirus Panleukopenii utrzymuje się w domu do 6-ciu miesięcy... wszystko  dezynfekowaliśmy jakimś mega śmierdzącym środkiem,
prałam wszystko, z czym Oliwka miała kontakt w 60-90 stopniach C (nawet wełniane ciuchy!), a potem dodatkowo prasowałam...mój mąż pierwszy raz w życiu miał wyprasowane skarpetki... chciałam za wszelką cenę pozbyć się tego paskudztwa, które uśmierciło Małą ....
niedawno wszystko w domu potraktowaliśmy dodatkowo lampą UV...
Ponad pół roku potem okazało się, że jest mała kotka do wzięcia "od zaraz" - niestety byłą pogryziona przez podwórkowe psy, przez co  nie mogła zostać tam, gdzie ją znaleziono...zakochaliśmy się ponownie - tym razem nie była już może małą czarną puszystą kulką, ale za to coś w niej nas urzekło...  gnębiło nas jednak jedno pytanie -co, jeśli Ona zarazi się tym świństwem u nas w domu??? pamiętam jak tydzień po tym, jak ją przygarnęliśmy, dostała biegunkę...
i ta jedna myśl - znowu to samo!!! przerażeni pobiegliśmy do weterynarza - lekarz uspokoił nas, włączył dietę...od tamtej pory minęło już 3 miesiące...Inia jest już po szczepieniu, wiemy, że jest zdrowa...codziennie w nocy kładzie się z nami, mruczy do ucha, a rano budzi nas chętna do zabawy...czasem przysmyczy swoją sztuczną czarną mysz pod nasze nogi i radośnie zawoła po kociemu, jakby chciała powiedzieć "Hej! Pobaw się ze mną":) teraz czeka na kumpla - towarzysza zabaw... myślę, że będzie jej weselej w naszym domu z innym kotem, kiedy my jesteśmy w pracy...generalnie mam bzika, przyznaję:D Pewna Pani Doktor zapytała :              "po co ci ten kot? nie lepiej było wziąć inne zwierzątko???" Otóż kocham wszelakie zwierzęta, ale przy kotach się naprawdę relaksuję...robią to co chcą, bo wynika to z ich osobowości, i jeśli przyjdą połasić się do człowieka, to zawsze dlatego, że to one tego chcą, bez przymusu, bez interesu...nieprawdą jest też, że są to zwierzęta fałszywe...ponoć koty nie przyjdą do ludzi złych,  ludzi fałszywych... one takich ludzi wyniuchają z daleka (mimo stereotypów ulokowanych w bajkach)...i nawet teraz, kiedy o tym wszystkim tu piszę, Inka leży mi na kolanach (przyszła zupełnie sama) i Was pozdrawia ;)

środa, 19 września 2012

"To szpital czy okienko na poczcie? Lekarze toną w papierach..."

" - Naprzeciwko mnie siedzi chory. Chce wiedzieć, czy może umrzeć podczas zabiegu? Powinienem z nim porozmawiać, ale muszę wypełniać papiery - pisze do "Gazety" pulmonolog Szczepan Cofta. 
Szczepan Cofta, pulmonolog z 20-letnim stażem, wicedyrektor Szpitala Klinicznego im. Przemienienia Pańskiego przy ul. Długiej w Poznaniu, pracuje też w przyszpitalnej poradni. 

Relacjonuje: - Dziś nie było źle, od rana do południa tylko 20 kartek. Ale są dni, kiedy tych kartek jest 100, a czasem więcej. Wypełnianie papierów - do NFZ, resortu zdrowia, lekarzy rodzinnych, specjalistów, konsultantów - zajmuje mi już ponad połowę czasu, jaki spędzam w szpitalu. Mimo że do raportowania do NFZ szpital zatrudnił osiem osób w administracji! Papiery wypełniają lekarze, pielęgniarki, nawet szpitalni farmaceuci. Wszyscy obarczeni jesteśmy "sprawozdawczością". Czarę goryczy przelewa ostatnia ankieta na temat leczenia onkologicznego Ministerstwa Zdrowia. Minister Bartosz Arłukowicz pyta 400 szpitali w Polsce o to, jak leczą raka. Na odpowiedź mamy siedem dni. To jakieś 50 godzin benedyktyńskiej roboty kilkunastu ludzi. Musimy np. szczegółowo zliczyć ilość miligramów użytych leków onkologicznych. Leków jest ponad 100 na liście. Pacjentów - kilka tysięcy. Cel szczytny. Tylko że te wszystkie dane są w raportach, które wysyłamy miesięcznie do NFZ! Po co więc ta ankieta? Jestem zmęczony, zirytowany. Zakwalifikowanie chorego do programu terapeutycznego - czyli leczenia najnowszymi lekami - wymaga wypełnienia kilkustronicowej ankiety. To samo dotyczy transplantacji. Lekarza zalewają tony papierów. 

Skąd to szaleństwo? Efekt nieufności 

Cofta: - Inny przykład - szpital stara się o zgodę na uruchomienie banku szpiku kostnego. I co? Kilka osób ślęczy nad papierami od przeszło roku, a do końca jeszcze daleko... 

Policzyłem, że lekarz w poradni, który przyjmuje dziennie 20 pacjentów, wypełnia od 40 do 100 stron różnych dokumentów. Część niestety wypełnia odręcznie, bo systemy informatyczne w służby zdrowia są w większości niedopracowane. 

Proszę sobie wyobrazić - naprzeciwko mnie siedzi chory. Pyta o rokowania, o ryzyko operacji. Czy może umrzeć podczas zabiegu. 

Powinien z nim spokojnie rozmawiać, a co robię - ukradkiem zerkam w komputer, bo natychmiast muszę coś wypełnić? Teraz, już, bo taka jest procedura. Czuję się jakbym pracował w okienku na poczcie. 

Skąd to szaleństwo? To efekt nieufności. Państwo nie ufa lekarzom. 

Dlatego kontakt lekarza z chorym przestaje być ważniejszy niż kontakt z kartką i długopisem. 

Pozwólcie lekarzom leczyć 

W ubiegłym roku Naczelna Izba Lekarska wystąpiła do Ministerstwa Zdrowia z apelem "Pozwólcie lekarzom leczyć", w którym zwraca uwagę między innymi na "posuniętą do granic absurdu biurokratyzację w służbie zdrowia". 

Na stronie Izby zamieszczono Krajowy Indeks Niedorzeczności w Ochronie Zdrowia. Izbę poparło organizacja Pracodawców RP i Ogólnopolskie Stowarzyszenie Szpitali Prywatnych. - Zgłosiliśmy resortowi konkretne poprawki, nie dostaliśmy odpowiedzi - mówi Andrzej Sokołowski, prezes Stowarzyszenia. 

Wiosną roku minister zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiadał przegląd i zniesienie niektórych kłopotliwych obowiązków biurokratycznych, które utrudniają pracę szpitali i lekarzy. 

Zapytaliśmy dziś resort, co chce zmienić. Nie dostaliśmy odpowiedzi."

tekst zaczerpnięty z : http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,12509529,To_szpital_czy_okienko_na_poczcie__Lekarze_tona_w.html

sobota, 25 sierpnia 2012

21.08.2012, poszedł w stronę światła ojciec mojego męża... "Jak Go zapamiętasz?" , "Jako mojego tatę... po prostu... cieszę się, że Go miałem..."


"Mówiła że naprawdę można kochać umarłych

bo właśnie oni są uparcie obecni

nie zasypiają
mają okrągły czas więc się nie śpieszą
spokojni ponieważ niczego nie wykończyli
nawet gdyby się paliło nie zrywają się na równe nogi
nie połykają tak jak my przerażonego sensu
nie udają ani lepszych ani gorszych
nie wydajemy o nich tysiąca sądów
zawsze ci sami jak olcha do końca zielona
znają nawet prywatny adres Pana Boga
nie deklamują o miłości
ale pomagają znaleźć zgubione przedmioty
nie starzeją się odmłodzeni przez śmierć
nie straszą pustką pełną erudycji
nie łączą świętość z apetytem
bliżsi niż wtedy kiedy odjeżdżali na chwilę
przechodząc obok z niepostrzeżonym ciałem
ocalili znacznie więcej niż duszę"

                                         /Jan Twardowski/

Niech Ci tam będzie jeszcze lepiej !!!


poniedziałek, 7 maja 2012

Modlitwa Hakima*

"O Boże, napełnij duszę moją miłością dla mej sztuki i dla wszystkich stworzeń.
Nie dopuść, aby pragnienie zarobku lub poszukiwanie sławy kierowały sztuką moją, gdyż wtedy wrogowie prawdy i miłości mogliby to wyzyskać i odsunąć mnie od szlachetnego obowiązku czynienia dobrze dzieciom Twoim.
Podtrzymuj siły mego serca, aby zawsze było gotowe służyć zarówno ubogiemu jak i bogatemu, przyjacielowi jak i wrogowi, człowiekowi dobremu jak i złemu.
Spraw, abym w tym, który cierpi, widział tylko człowieka. Niechaj umysł mój w obcowaniu z chorymi pozostanie jasny, nieobarczony żadną myślą uboczną, ażeby wyraźnie uprzytomnił sobie, czego nauczyło go doświadczenie i wiedza, gdyż wielkie i wspaniałe są dociekania naukowe, których celem jest podtrzymywanie życia i zdrowia wszelkich stworzeń.
Spraw, aby moi chorzy mogli zaufać  mnie i mojej sztuce. Jeśli nieuki potępiają mnie i wyśmiewają, spraw, aby ukochanie mojego zawodu było puklerzem, czyniącym mnie niewzruszonym, bym mógł wytrwać w prawdzie bez względu na znaczenie, rozgłos lub wiek moich nieprzyjaciół.
Użycz mi, Boże mój, wyrozumiałości i cierpliwości wobec chorych, upartych i grubiańskich.
Spraw, abym we wszystkim był umiarkowany, lecz nienasycony w umiłowaniu wiedzy.
Oddal ode mnie przekonanie, że wszystko potrafię.
Daj mi siłę, wolę, możność rozszerzenia mych wiadomości, dzisiaj bowiem mogę odkryć w świadomości swojej rzeczy, których istnienia wczoraj nie przypuszczałem,a umysł ludzki sięga wciąż na przód. "

                     /Majmonides , ur. 1135r. w Kordobie , zm. 1204; uczony, filozof, lekarz/
*el. hakim - uczony, doktor

Powyższy tekst dała mi kiedyś moja babcia-lekarz "z powołania"... Do tej pory jest moim wzorem lekarza. Dziękuję Ci Babciu za wielkie wsparcie zawsze i wszędzie, za prośbę o "wsparcie w niebiosach" i za to, że jesteś :*

czwartek, 12 kwietnia 2012

Pierwszy raz boli ... [*]


Miała błysk w oku… pełna nadziei… aż paliła się od środka, z wiarą w wyleczenie - niczym płonąca zapałka… młoda , z dwójką małych pociech i kochającym mężem…  wiedziałam, że potrzebuje zadawać pytania i uzyskiwać konkretne odpowiedzi…

„- Pani doktor… ja mam taką  jedną, wielką ochotę – od pół roku już jestem na diecie, nic mi nie smakuje…  jem na siłę… nie mam apetytu… a ja bym chciała zjeść taką niezdrową pizzę i tłustego hamburgera – czy po operacji będę znów mogła jeść takie rzeczy???”
„- Pani doktor- jak zdarza się, że nie dostanę  leczenia w planowym terminie i jestem przesuwana o kolejny tydzień, to czuję, jakby „to w środku” ze mną wygrywało… jakby się powiększało…
Tak - czuję się bardziej spokojna, jak Pani pomaga mi „go” zwalczać rozpisując dla mnie leczenie…”
„- Pani doktor – od pół roku jak tu przychodzę na kolejne podania leku to mam lęki, jestem niespokojna … ale odkąd Pani mnie leczy jakoś lepiej się czuję, mogę o wszystko zapytać – dziękuję.”
„- Pani doktor – czy ja z tym portem naczyniowym będę mogła pływać latem na basenie? Boję się, że przez taką moją zachciankę coś się z nim stanie i będą przesunięcia w leczeniu… Tak bym chciała popływać wraz z dzieciakami, ale teraz ciągle jestem za słaba…”
„- Pani doktor – muszę się czymś pochwalić – ostatnio mam apetyt jak u słonia, zjadłabym wszystko- coś czuję, że „to w środku” mnie NIE pokona !”
„- Pani doktor… ja chyba się nie zgodzę na tę operację… boję się śmierci… „
Zgodziła się….

Operacja redukcyjna była dużą szansą dla NIEJ…
 takiej dobrej odpowiedzi na chemię w TAKIEJ chorobie właściwie nikt się nie spodziewał…  
WSZYSCY jej kibicowali, wierzący się o nią modlili…

„Płonąca żarliwie Zapałka” zgasła jednak w trakcie zabiegu…

Pierwszy raz boli…  Anioły!!! Dobrze się nią opiekujcie w niebie…

Dobrej i pomyślnej podróży do Nieba, Zapałeczko!
 AMEN!

czwartek, 1 marca 2012

Do W. K.


http://www.gwidgets.com/

Nigdy nie narzeka, kiedy jestem "nie w sosie",
Cierpliwie czeka, kiedy mówię "nie teraz",
Poda kubek świeżo zaparzonej herbaty
w zimny, deszczowy i męczący wieczór.
Zawsze całym sobą wysłucha każdy mój dźwięk
Wytrwale wyszukując wtedy istoty - jakże trudnego - przekazu...
Ogrzeje swoim ciepłem, kiedy marznę w środku...
Uśmiechnie się pomimo mojego zezłoszczenia -
Mówi wtedy : "taka ładna jesteś - nawet teraz"...
Wspomoże silnym ramieniem kiedy upadam z sił;
Śpiewa, tańczy - o ot tak, bez powodu - 
                   doprowadzając mnie umyślnie do wielkiego uśmiechu ;
            I zawsze ma jakiś pomysł na nudę - 
             Oto On- mój mąż - prawdziwy przyjaciel ...

czwartek, 26 stycznia 2012

"Pani doktor?! Czyżbym był aż tak bardzo chory, że Pani przychodzi do mnie kilka razy w czasie swojej pracy i pyta się, jak się czuję, albo ze mną po prostu rozmawia? Bardzo mi miło, ale pierwszy raz się z czymś takim spotykam...od razu czuję się zdrowiej" zapytał a zarazem stwierdził jeden z moich pacjentów, nieuleczalnie chory na chłoniaka...
Mam chwilę czasu, to rozmawiam...czasem pożartuję, przestrzegę, pogrożę palcem... Ale czy naprawdę przede mną nikt nie komunikował się ze swoimi pacjentami??? 
Mnie jeszcze nie dopadła - biurokracja...ale codziennie  rano poznaję coraz to większe jej tajniki... i Pan Zbycho pewnie tak często widzieć już mnie przy swoim" łóżku dla zdrowia" nie będzie :( 

"Dziękujemy" Ci - postępie cywilizacyjny...