![]() | |
| Ineczka |
Pasuje do Niej... INKA. Mój luby zwie Ją czasem Inia. Koty towarzyszyły mi od małego brzdąca - byli już Szczęściarz, Kicia, Misiek, Misia, Mariolka, Łapek, Tofik,Zuzia, Maciek, Dżoli, Lola, Burek (3 ostatnie nie do końca moje, ale też mi bliskie)...
I Oliwka... Kotka trafiła do nas z adopcji - wraz z mężem długo szukaliśmy odpowiedniego mruczącego towarzysza... i nagle - czemu nie adopcja małego, porzuconego gdzieś w pudle stworzonka?
| Oliwka - słodka rozrabiaka |
a jak chciałam iść gdzieś sama to ciągnęła za moją nogawkę, miałczała w niebogłosy i wskakiwała szybko na ramię... tak więc obiad robiłam z Oliwką, prałam-z Oliwką, czytałam książkę-z Oliwką, rozmawiałam przez telefon z Oliwką...niczego nie niszczyła, była ciekawa świata, niczego się nie bała...
Oliwka miała tylko jedną, z początku niegroźną przypadłość - biegunkę, ot co! Każdemu małemu kociakowi się zdarza...poza tym była żywym i wesołym zwierzakiem - razem z lubym uwielbialiśmy patrzeć
na Małą, jak niezdarnie wskakuje na kanapę za sznurkiem a potem zmęczona kładzie się spać na naszych ramionach. Po trzech dniach przyszli nasi znajomi- Oliwka była w centrum zainteresowana - "Jaka piękna kotka!!!" wołali...
Ale było w tym dniu coś nie tak - po godzinie zaczęła wymiotować... potem było już tylko gorzej... następnego dnia skontaktowałam się z dziewczyną, od której mieliśmy Oliwkę, poinformowała nas, że rodzeństwo Oliwki jest chore na Panleukopenię, połowa z miotu już nie żyje...CO??? Nie mogłam w to uwierzyć, Ona była jeszcze taka mała... po otrzymaniu informacji, gdzie mogę się udać, aby wykonać odpowiedni test i leczenie nie zwlekaliśmy...walczyliśmy o Nią 4 dni-niby to krótki okres czasu, ale
dla nas te parę dni były długimi godzinami spędzonymi w nadziei, że Mała jednak przeżyje... Z dnia na dzień była coraz słabsza... karmiliśmy ją jakąś leczniczą papką ze strzykawki, nie chętnie jadła... sierść, przedtem gładka, miękka i puszysta, stała się szorstka i matowa...w końcu kotka była tak odwodniona, że podawałam jej kroplówki, które zwisały z żyrandola (służyły nam za wieszak na wlewy)-
spaliśmy nawet na podłodze, ponieważ jak byliśmy na łóżku, to Oliwka miała wielkie trudności, aby się wdrapać do nas w nocy (nie chciała spać sama; przychodziła i się wtulała w nasze szyje, mrucząc przy tym osłabiona; po czym co jakiś czas zeskakiwała z łóżka do własnej kuwetki, aby nie zabrudzić naszej pościeli ...z biegunką...zawsze zdążyła...trzęsła się czasem, pewnie ze strachu; była małą, ciepłą chorą kuleczką)
Pamiętam jeden z wieczorów, kiedy po pierwszej kroplówce dostała zastrzyk sił - zaczęła śmielej ponownie skakać w przedpokoju i się bawić..."Będzie dobrze, wyzdrowieje" radowaliśmy się w duchu... Następnego dnia mąż był w pracy... ja czytałam książkę, obok mnie leżała słabiutka Oliweczka...i nagle przeraźliwy jęk i niewydolny oddech...
wykręcam numer do męża "Słuchaj, coś się dzieje, przyjeżdżaj natychmiast...boję się, że to już jej koniec:(" ... i się rozbeczałam...szybko zawieźliśmy Małą do weterynarza...pani doktor nie dawała nam nadziei, zaproponowała uspanie kotka... było to dla mnie bardzo trudne...
postanowiliśmy poczekać z tą decyzją godzinę...zostawiliśmy Oliwkę pod tlenem, a sami wróciliśmy do domu i beczeliśmy jak małe dzieciaki... Taki malutki zwierzaczek,mający zaledwie 6 tygodni, który nie zdążył nabroić, doznać więcej ciepła po porzuceniu...
Wróciliśmy do gabinetu wet. - Oliwka już nie oddychała, przeszła na drugą stronę zwierzakowego mostu...była taka spokojna, bezbronna... długo dochodziłam do siebie, niby takie małe zwierzę, niby tylko tydzień,ale cholernie przyzwyczaiłam się do tego maleńkiego brzdąca; byłam z Nią "24 godziny na dobę"... niestety nie mogłam przygarnąć kolejnego kociaka- wirus Panleukopenii utrzymuje się w domu do 6-ciu miesięcy... wszystko dezynfekowaliśmy jakimś mega śmierdzącym środkiem,
prałam wszystko, z czym Oliwka miała kontakt w 60-90 stopniach C (nawet wełniane ciuchy!), a potem dodatkowo prasowałam...mój mąż pierwszy raz w życiu miał wyprasowane skarpetki... chciałam za wszelką cenę pozbyć się tego paskudztwa, które uśmierciło Małą ....
niedawno wszystko w domu potraktowaliśmy dodatkowo lampą UV...
Ponad pół roku potem okazało się, że jest mała kotka do wzięcia "od zaraz" - niestety byłą pogryziona przez podwórkowe psy, przez co nie mogła zostać tam, gdzie ją znaleziono...zakochaliśmy się ponownie - tym razem nie była już może małą czarną puszystą kulką, ale za to coś w niej nas urzekło... gnębiło nas jednak jedno pytanie -co, jeśli Ona zarazi się tym świństwem u nas w domu??? pamiętam jak tydzień po tym, jak ją przygarnęliśmy, dostała biegunkę...
i ta jedna myśl - znowu to samo!!! przerażeni pobiegliśmy do weterynarza - lekarz uspokoił nas, włączył dietę...od tamtej pory minęło już 3 miesiące...Inia jest już po szczepieniu, wiemy, że jest zdrowa...codziennie w nocy kładzie się z nami, mruczy do ucha, a rano budzi nas chętna do zabawy...czasem przysmyczy swoją sztuczną czarną mysz pod nasze nogi i radośnie zawoła po kociemu, jakby chciała powiedzieć "Hej! Pobaw się ze mną":) teraz czeka na kumpla - towarzysza zabaw... myślę, że będzie jej weselej w naszym domu z innym kotem, kiedy my jesteśmy w pracy...generalnie mam bzika, przyznaję:D Pewna Pani Doktor zapytała : "po co ci ten kot? nie lepiej było wziąć inne zwierzątko???" Otóż kocham wszelakie zwierzęta, ale przy kotach się naprawdę relaksuję...robią to co chcą, bo wynika to z ich osobowości, i jeśli przyjdą połasić się do człowieka, to zawsze dlatego, że to one tego chcą, bez przymusu, bez interesu...nieprawdą jest też, że są to zwierzęta fałszywe...ponoć koty nie przyjdą do ludzi złych, ludzi fałszywych... one takich ludzi wyniuchają z daleka (mimo stereotypów ulokowanych w bajkach)...i nawet teraz, kiedy o tym wszystkim tu piszę, Inka leży mi na kolanach (przyszła zupełnie sama) i Was pozdrawia ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli coś masz ochotę coś wystukać na klawiszach i wyrazić swoje zdanie - do dzieła! :)